Jeśli ktoś myśli, że trudy ciąży i porodu, to koniec męczarni świeżo upieczonej mamy, to grubo się myli. Tu bowiem wkracza połóg, a wraz z nim gojące się po nacięciu krocze, rana po cesarce, bóle wywołane obkurczającą się macicą, obfity okres  i potwornie bolące piersi.

O ile niektóre kobiety rodzą naturalnie bez nacięcia (szczęściary!), o tyle kolejne punkty są z pewnością znane każdej młodej mamie. Ja cały czas przez to wszystko przechodzę, ale w momencie, gdy w ciągu jednego dnia moje piersi urosły o 2 rozmiary, lało się z nich mleko, a ja ryczałam z bólu, stwierdziłam, że potrzebuję pomocy. Do tego doszły również inne wątpliwości związane z karmieniem piersią, co zaważyło o decyzji spotkania się z konsultantką laktacyjną.

Wizyta odbyła się u mnie w domu już następnego dnia. Przed spotkaniem spisałam sobie wszystkie nurtujące mnie kwestie, które chciałabym rozwiązać. Oto one:
1) Chciałabym odejść od karmienia przez silikonowe nakładki – zaczęłam nimi karmić już w szpitalu, gdy okazało się, że mały ma problem z chwyceniem mojej dość małej brodawki. Nakładki uratowały mi życie w szpitalu, bo mały jadł, a ja się nie stresowałam, że nie umiem nakarmić dziecka. Miało to być jednak tymczasowe rozwiązanie.
2)  Mały 3. dzień z rzędu się nie załatwiał – pieluszki były suche i puste. Zaniepokoiło mnie to, bo wiedziałam, że takie małe dziecko zapełnia pieluchy kilka razy dziennie.
3) W 4. dobie po porodzie moje piersi potwornie bolały – nie mogłam ich nawet dotknąć. Były pełne, twarde, leciało z nich mleko strumieniami. Wyglądałam jak po operacji plastycznej. Nie mogłam się położyć na boku, bo przy każdym ruchu napływały mi łzy do oczu. Zrobiłam sobie pod prysznicem masaż ciepłą wodą i trochę pomogło. Następnego dnia już była znaczna poprawa, ale bałam się, że to wróci.
4) Chciałam się dowiedzieć, czego nie powinna jeść matka karmiąca – zewsząd docierają do mnie różne komunikaty – to jedz, tego nie jedz. Chciałam zasięgnąć rady specjalisty.
Na spotkanie zaprosiłam konsultantkę z polecenia, która może pochwalić się międzynarodowym certyfikatem IBCLC. Oto, czego się dowiedziałam:
1) Nakładki
Jeśli chciałybyście się dowiedzieć czegoś więcej o nakładkach – czym w ogóle są, kiedy się je stosuje i jakie są plusy i minusy, przeczytajcie ciekawy WPIS na blogu Hafija – blog matki karmiącej
W moim przypadku okazało się, że przede wszystkim mam je źle dobrane. Ich rozmiaru nie powinno się dobierać pod wielkość brodawki (jak to zaleciła moja położna ze szkoły rodzenia!), tylko pod możliwości dziecka. Podobno w większości szpitali położne polecają wszystkim S-ki 🙁 Wg konsultantki dziecko donoszone powinno być karmione kapturkami w rozmiarze M, a nawet L. Mi doradziła Nakładki Contact na brodawki firmy Medela, rozmiar L.
źródło: www.medela.pl
Od razu poczułam różnicę w porównaniu z używanymi dotychczas nakładkami Avent Philips rozmiar S! Nakładka nie „lata” w buzi, dzięki czemu mały w ogóle się nie denerwuje przy jedzeniu. Potrafi bardziej się zassać i częściej słychać odgłos przełykania (tego też mnie nauczyła konsultantka, bo wcześniej nie rozpoznawałam). Również czas karmienia znacznie się skrócił. Innym plusem nakładek Medeli jest to, że nie odklejają się tak od skóry jak Aventy.
Mimo że mały najada się dzięki nakładkom i tak chciałabym z nich zrezygnować. Tego samego zdania jest konsultantka. Na dłuższą metę jest to niewygodne rozwiązanie. W warunkach domowych ok, ale byłoby to utrudnienie, gdybym chciała nakarmić dziecko w bardziej publicznym miejscu. Co nawet ważniejsze, poprzez ssanie przez nakładkę nie jest odpowiednio stymulowana oksytocyna (nie ma bezpośredniego kontaktu dziecka z matką) przez co może dojść do zaburzeń w laktacji. Miałam tego doskonały przykład – jak dostawiłam dziecko do jednej piersi bez nakładki, z drugiej polał się strumień mleka. Jak karmię przez nakładkę, również z pozostałej piersi cieknie mleko, ale nie w takiej ilości. Aby odejść od karmienia przez nakładkę ćwiczyłyśmy przystawianie dziecka bezpośrednio do piersi. Nie szło to łatwo. Przed nami żmudna praca. Mam dostawiać małego do piersi przy każdym karmieniu, a potem dokarmiać nakładką aż ostatecznie nakładka nie będzie potrzebna.
2) Pieluchy
Przejście na większe nakładki od razu poskutkowało pełną pieluchą! Okazało się, że przez S-ki dziecko nie jadło tyle, ile powinno, stąd suche pieluchy. Ssało nieefektywnie. Konsultantka spadła mi zatem z nieba! Sama nie domyśliłabym się, że dziecko nie dojada, bo wydawało mi się, że pod tym względem wszystko jest ok 🙁
3) Piersi
Okazało się, że ten potwory ból piersi w 4. dobie to tzw. nawał mleczny. Jest to naturalne zjawisko, które pojawia się jednorazowo kilka dni po porodzie. To znak, że laktacja ruszyła pełną parą. W takim przypadku najlepiej jak najczęściej przystawiać dziecko do piersi. Pomagają też ciepłe okłady lub jak w moim przypadku – masaż ciepłą wodą.
4) Dieta
Wg konsultantki kobieta karmiąca może jeść tak jak dotychczas. Można ewentualnie wyeliminować produkty wzdymające (np. fasole, kalafior), choć nie ma potwierdzenia, że to co wzdyma mamę, będzie również miało wpływ na dziecko. W przypadku alergenów, to faktycznie przenoszą się one do mleka matki, natomiast jest małe ryzyko alergii u dziecka, jeśli rodzice nie są alergikami. Można jednak wyeliminować (w pierwszym miesiącu) cytrusy, czekoladę i orzechy. Niewskazane są dania tłuste i smażone. Najważniejsze jednak to obserwować dziecko.
Podsumowując, jestem bardzo zadowolona ze spotkania z konsultantką laktacyjną. To nie jest duży koszt (ok. 100 zł), a jak bardzo mi się to przydało! Najważniejsze jest to, że mam teraz pewność, że mój syn się najada. To chyba najważniejsze dla mamy! Mam nadzieję, że wpis przyda Wam się w jakikolwiek sposób. Pamiętajcie, żeby nie bać się korzystać z pomocy specjalisty. Jeśli nie umiecie przystawić dziecka do piersi, jeśli dziecko nie przybiera na wadze, jeśli jego pieluchy są suche, jeśli macie obolałe brodawki itd. nie męczcie się, tylko zasięgnijcie porady.