Idę o zakład, że każda z nas snuje wizje o swoim macierzyństwie, o tym jaką mamą będziemy,  jak będziemy wychowywać swoje dzieci. Dzieje się to często zanim zajdziemy w ciążę, a w ciąży te wizje tylko się nasilają, bo dochodzą hormony, stos poradników i zbliżający się poród. Patrzymy na innych rodziców i jak łatwo nam przychodzi  mówienie: „Ja tak nigdy nie zrobię”, „Jak można tak…”, „Czytałam, że nie powinno się tak…”, „A ja będę to robić w taki sposób…” itp., itd. Sama się na tym łapię! A potem pojawia się dziecko. I powoli zaczynasz tę swoją listę postanowień weryfikować. Zaczynasz naciągać wyznaczone przez siebie reguły gry, tłumaczysz się przed całym światem i samą sobą, a ostatecznie stwierdzasz, że w sumie to postanowienie nie jest takie istotne. Ja po 9 miesiącach macierzyństwa bardzo mocno zrewidowałam mój pomysł na bycie mamą. Zobaczcie, co mi się udało wprowadzić w życie, a czego nie.

„Nie będę dawała smoczka” mówiłam.
Nie wiem dokładnie skąd mi się to wzięło. Coś gdzieś usłyszałam, że zgryz, że potem trudno odzwyczaić, ale chęci niedawania smoczka nie potrafiłam jasno uargumentować. Dziwiłam się rodzicom, którzy już wychodząc ze szpitala z maleństwem na kilka dni po porodzie, wciskali mu do buzi smoczek. W sumie to do tej pory nie do końca to rozumiem, ale jestem już mniej radykalna w swoich opiniach. W skompletowanej przez nas wyprawce nie było smoczka, ale znaleźliśmy jeden w paczce ze szpitala. Leżał jakiś czas w szufladzie, a ja patrzyłam z dumą na moje dziecko i myślałam sobie „jak można dawać takiemu małemu dziecku smoczek, po co, przecież go nie potrzebuje”. Do czasu. Nadszedł ten moment, kiedy Tomek zaczął mi wisieć przy piersi. Odrywanie go od niej czy, nie daj Boże, odkładanie do łóżeczka, kończyło się płaczem. Bywało, że trzymałam go przy piersi godzinę czy półtorej, a że przez pierwsze 2 miesiące miałam bardzo wrażliwe i bolące sutki, to było to dla mnie mordęgą. Pamiętam, jak pewnego dnia pojechaliśmy na jakąś imprezę do teściów. Była piękna pogoda, wszyscy siedzieli w ogrodzie, a ja przez ok. 1,5h (!) walczyłam z Tomkiem w pokoju. Wtedy postanowiłam spróbować ze smoczkiem. Zadziałało. Po karmieniu wkładałam mu smoczek do buzi i w ten sposób zaspokajałam jego potrzebę ssania. Co to była  za ulga! O dziwo po 2 tygodniach Tomek odrzucił smoczek, ale do „wiszenia” już nie wrócił. Paradoksalnie, tak jak wcześniej nie chciałam dawać smoczka, tak od czasu do czasu wręcz wciskałam go Tomkowi, gdy ten zanosił się płaczem, ale niestety za każdym razem go wypluwał. To jednak nie był koniec mojej historii ze smoczkiem. W ostatnim czasie wrócił jego temat. Tomek 13 lutego rozpoczynał żłobek. Wiedziałam, że może pojawić się problem z samodzielnym zasypianiem – Tomek zasypiał albo przy piersi, albo w wózku, albo w samochodzie. O samodzielnym zaśnięciu po odłożeniu do łóżeczka nie było mowy. Postanowiłam spróbować ze smoczkiem i zadziałało. Tomek cmokta go sobie i ładnie zasypia, a ja się nie stresuje, że gdy przyjdzie czas leżakowania, on będzie zanosił się płaczem. 1:0 dla smoczka.

„Nie będę włączać telewizora przy dziecku” – mówiłam.
O ile faktycznie nie jestem za tym, żeby niespełna roczne dziecko sadzać przed TV i włączać bajki, o tyle jestem za tym, że trzeba normalnie żyć. Jeśli mam ochotę pooglądać TVN24, „śniadaniówkę”, czy po raz sety „Przyjaciół”, to dlaczego mam sobie to odbierać? Telewizor nie jest włączony cały dzień – zwykle rano i wieczorem, a w pozostałych godzinach dziecku zapewniam wystarczająco dużo innych atrakcji. Staram się też układać matę do zabaw w takim miejscu, żeby Tomka nie korciło spoglądanie na ekran. Telewizor jest też wyłączony w trakcie jedzenia, żeby nie rozpraszał uwagi. Myślę, że we wszystkim da się znaleźć złoty środek, żeby nie robić odchyłów ani w jedną, ani w drugą stronę.

„Nie będę publikować zdjęć dziecka w Internecie” mówiłam.
To rygorystyczne postanowienie trochę się zliberalizowało od czasu, jak zaczęłam pisać bloga – w końcu to blog parentingowy – oraz od czasu, jak zobaczyłam… jakie mam cudne dziecko 😀 Wiadomo, każdy rodzic ma bzika na punkcie swojego malucha. Dla każdego rodzica własne dziecko jest najpiękniejsze, najmądrzejsze, najzdolniejsze 😉 Też mnie to oczywiście dopadło. Pokazując od czasu do czasu zdjęcia Tomka, mam po prostu ochotę powiedzieć światu „Zobaczcie, jakie mam zajebiste dziecko” 😉 Też tak macie? Po prostu duma mnie rozpiera. A że pasjonuje mnie fotografia i robię Tomkowi dużo zdjęć, to dodatkowo rozpiera mnie duma z samej siebie, że uchwyciłam fajny kadr, że wymyśliłam fajną sesję, że udało mi się pstryknąć super foto. Prawdę mówiąc, media społecznościowe, szczególnie Instagram (przy okazji zapraszam na mój profil), motywują mnie do sięgania po aparat, dzięki czemu Tomek będzie miał mnóstwo pięknych zdjęć z dzieciństwa. Robię jednak dużą selekcję zdjęć, które udostępniam publicznie. Staram się nie pokazywać zdjęć portretowych, gdzie buzia Tomka wypełnia praktycznie cały kadr. Czuję, że to za dużo. Takie zdjęcia zostawiam dla siebie. Oczywiście nie pokazuję też zdjęć bardziej intymnych, czy takich, które mogłyby być dla niego krępujące w późniejszym czasie. Znowu uważam, że znalazłam złoty środek, bo nie robię nic na przekór sobie, a mój Mąż, który jest bardziej radykalny w tym temacie, również pozwala mi na taką dozę zdjęć Tomka w sieci.

„Codziennie będę mówiła do Tomka po angielsku” mówiłam.
Zawsze marzyłam o tym, żeby od małego uczyć moje dziecko angielskiego. Nie chodzi tu o to, żeby Tomek nagle stał się dwujęzyczny, tylko o osłuchanie się. Miało to być raptem pół godziny dziennie. Mam spore doświadczenie w opiece nad dziećmi anglojęzycznymi – swego czasu pracowałam jako au pair w Irlandii Północnej, Anglii i Szwecji, więc wydawało mi się, że mówienie po angielsku również do mojego dziecka przyjdzie mi łatwo. Myliłam się. Po około tygodniu stawało się to dla mnie coraz bardziej nienaturalne. Jakoś dziwnie mi z tym było. Ostatnio rzadko mam okazję rozmawiać w tym języku, więc zasób słownictwa jest coraz bardziej ubogi. Zaczęłam za to czytać mu po angielsku i przez jakiś czas zdawało to egzamin, ale zwyczaj umarł śmiercią naturalną. Nie wiem dlaczego. Muszę do tego wrócić i chyba właśnie sama się tym postem zmotywowałam 😉

„Codziennie będę czytała Tomkowi przez 20 minut” mówiłam.
Nie będę się tu rozwodzić nad tym, jak ważne jest czytanie dziecku i jak to wpływa na jego rozwój emocjonalny i intelektualny. Jest to absolutnie nie do podważenia. Kampania „Cała Polska czyta dzieciom” zaleca czytanie dziecku przynajmniej przez 20 minut dziennie. Myślałam sobie, że  jest to do zrobienia. W praktyce jednak czasami się to udaje, czasami nie. Ważne jest jednak, że codziennie czytam Tomkowi lub opowiadam historyjki do książeczek obrazkowych. Nie robię natomiast tego z zegarkiem w ręku, więc czasami w ciągu dnia jest to 5 minut, a czasami 30.

„Nie będę przeklinała przy dziecku” mówiłam.
Aj, jakże ważny punkt, a jak często łamany przy niemowlaku. No bo przecież nic nie rozumie. Przyjdzie jednak taki moment, że zacznie rozumieć. A jak wiadomo, dzieci rozwijają się w tak  szybkim tempie, że może się to zdarzyć z dnia na dzień. Boję się trochę, że przegapię ten moment. Nie mówię tu oczywiście o patologicznych wiązankach, tylko o siarczystym podsumowaniu jakiejś sytuacji od czasu do czasu 😉 W każdym razie już teraz częściej gryzę się w język, bo nie wyobrażam sobie przeklinać przy starszym dziecku.

„Zrezygnuję ze słodyczy” mówiłam.
Chodziło o czas ciąży i karmienia piersią, choć powtarzam to sobie tak naprawdę od lat 😉 Niestety mi się to nie udało. Fakt, trochę je ograniczyłam i patrzyłam na ich skład (wybierałam produkty bez syropu glukozowo-fruktozowego i tłuszczów utwardzonych), ale zdarzały się też grzeszki. Słodycze, głównie wszystko co czekoladowe, to moje uzależnienie. W sumie to nie wiem, czy w ogóle jest sens z tym walczyć 😉

Jest też kilka postanowień, które na razie udaje mi się realizować, ale czas pokaże. Już teraz wiem, że w niektórych sytuacjach mogę się złamać 😉 Są to:
– „Nie będę dawać dziecku śmieciowego jedzenia” – na razie Tomek je same zdrowe rzeczy, bo dopiero ma rozszerzaną dietę, zresztą my też tak staramy się odżywiać, ale prędzej czy później pewnie dostanie jakąś parówkę czy  serek z kilogramem cukru. Ważne tylko, żeby to było okazjonalne.
– „Nie będę dawała dziecku komórki do zabawy dla uspokojenia” – sporo osób traktuje telefon jak uspokajacz. Ja na razie tego nie robię. I chciałabym przy tym pozostać.
– „Nie będę włączała dziecku bajek dla uspokojenia” – wiem, że nieraz rodzice niemowląt, takich w wieku Tomka, już to robią. Ja na razie twardo trzymam się przy swoim postanowieniu.

I na koniec, nie oceniam tu, co jest dobre, a co złe. Każdy ma prawo wychowywać swoje dziecko zgodnie ze swoją wolą. Ważne jednak, żeby nie wpływało to na drugą osobę, w szczególności na inne dziecko.

A jak wygląda Wasza lista postanowień? Twardo się jej trzymacie? Czy mamy jakieś punkty wspólne?

  • Z postanowień, które złamałam: ekrany (telewizora nie mamy, bajkę na YT puściłam parę razy na minutę na czas obcinania paznokci, aplikacja na komórkę z grzechotkami służy jako awaryjny uspokajacz w samochodzie, bo fotelik jest be), słodkie rzeczy (takich klasycznych słodyczy nie podaję, ale ciasteczka, domowy sok malinowy itp. się pojawiają) i smoczek (próbowałam podać, jak dziecko miało 3 tygodnie, nie chciało, późniejsze próby też się nie udały, obecnie smoczek służy jako gryzak, najsmaczniejszy ma uchwyt; cieszę się, bo smoczek może zaburzyć laktację, a poza tym nie podoba mi się sama ich idea).

    Poza tym trzymam się moich wszystkich postanowień. Raczej moje wyobrażenia na temat tego, jakie będzie moje dziecko, trochę się rozminęły z rzeczywistością, ale z uśmiechem to akceptuję 🙂

    • Ola

      Moje wyobrażenia też rozminęły się z rzeczywistością, ale z korzyścią dla rzeczywistości 😉 Myślałam, że będę umordowana, a okazało się, że Tomek to niespotykanie spokojny człowiek 😉

  • Dorota Głuch

    haha, w 90% maiłam takie same postanowienia, wypisz wymaluj jakbym czytała o sobie i też nic z tego nie wyszło 😛

    • Ola

      Witaj w klubie 😉